Kiedy w moje ręce trafia smartfon z dopiskiem „Ultra”, zazwyczaj spodziewam się po prostu wyśrubowanej specyfikacji. Jednak vivo X300 Ultra to zupełnie inna kategoria sprzętu. Po kilku tygodniach testów – z czego większość spędziłem z podpiętym dedykowanym zestawem fotograficznym – zrozumiałem jedno. To nie jest po prostu „kolejny fotosmartfon”. To urządzenie, które z niesamowitą wręcz bezczelnością i skutecznością zaciera granicę pomiędzy zaawansowanym aparatem kompaktowym a telefonem.
Przez lata producenci próbowali przekonać nas, że ich smartfony mogą zastąpić profesjonalne aparaty. Często kończyło się to na marketingowych obietnicach i sztucznym, generowanym przez AI efekcie rozmycia tła. W 2026 roku vivo modelem X300 Ultra uderza pięścią w stół. Do testów otrzymałem nie tylko sam telefon, ale cały ekosystem: dedykowane etui, uchwyt fotograficzny oraz potężny telekonwerter. Efekt? Klasyczny aparat został w domu…
Zestaw fotograficzny: Koniec z półśrodkami
Zacznę tutaj od największego wyróżnika. Rynek od lat debatuje nad fizycznymi spustami migawki w obudowie telefonu. W mojej ocenie – poza Xperią od Sony – nikt nie zrobił tego dobrze. Apple czy inni producenci próbują zamykać spusty w płytkach dotykowych, dodając tam na siłę sterowanie zoomem, ekspozycją czy innymi funkcjami, co przy trzymaniu płaskiego smartfona w jednej dłoni jest po prostu niewygodne i mało ergonomiczne.
Vivo podeszło do tego najrozsądniej jak to możliwe: sam smartfon jest czysty i elegancki, a jeśli chcesz ergonomii aparatu – podpinasz gripa. Pełen uchwyt sprawdza się tutaj fenomenalnie. Oferuje pewny, głęboki chwyt, fizyczny spust z dwustopniowym skokiem i dodatkowe funkcje, które można spersonalizować w ustawieniach.
Prawdziwą bestią w tym zestawie jest jednak telekonwerter 400 mm, czyli popularna „lufa”. O ile grip może być przypięty na stałe podczas fotospaceru, tak telekonwerter wymaga żonglerki. Montuje się go na etui, tuż nad obiektywem tele, co siłą rzeczy zasłania pozostałe sensory na wyspie. W praktyce trzeba go ciągle zakładać i zdejmować. Czy to irytuje? Przy odrobinie wprawy – nie. Zwłaszcza gdy zobaczy się finalne efekty.
Baza 400 mm pozwala na zrobienie zdjęć o bardzo wąskim polu widzenia z zachowaniem niesamowitej, naturalnej głębi ostrości. Portrety wykonane z tą optyką to absolutna ekstraklasa. Żadna cyfrowa obróbka i żadne AI nie jest w stanie dorównać fizycznej optycznej kompresji tła, jaką daje ten kawałek szkła. To akcesorium nie do robienia zdjęć kotleta na obiad, ale potężne narzędzie dla pasjonatów.
Magia 35 mm i optyka od ZEISS
Jeśli odłożymy na bok akcesoria, sam moduł aparatów w vivo X300 Ultra to mistrzostwo inżynierii. Zamiast standardowej i nudnej ogniskowej 23-24 mm, główny aparat otrzymał ekwiwalent 35 mm.
Na początku może to być niemałe zaskoczenie, bo kadr jest znacznie węższy. Wymusza to zupełnie inne podejście do fotografowania: trzeba zrobić krok w tył, pomyśleć nad kadrem. Zapewnia to jednak nieporównywalnie lepszą plastykę, naturalniejsze proporcje ludzkiej twarzy i nieco bardziej „reporterski” klimat zdjęć. Oczywiście inni producenci pozwalają na „cyfrowy crop” z 23 mm do 35 mm, ale fizyczna ogniskowa połączona z odpowiednikiem 1-calowej matrycy daje niepodrabialny efekt.
Współpraca z marką ZEISS zaowocowała jednym z najbardziej spójnych zestawów na rynku. Niezależnie czy robisz zdjęcie głównym, szerokim kątem, czy peryskopem – odwzorowanie kolorów jest niemal identyczne. To kluczowe podczas nagrywania wideo i płynnego przełączania się między obiektywami.
Fotografia nocna to kolejny powód do zachwytu. Vivo odrobiło zadanie domowe i przestało robić dzień z nocy. Zdjęcia są wybitnie naturalne, nieprzekoloryzowane, z idealnym kontrastem między głęboką czernią a źródłami światła. Nawet z założonym ciemnym telekonwerterem 400 mm nocne kadry są ostro zdefiniowane, nasycone i zachowują potężną głębię tonalną.
Dojrzałość w dobie wtórności
Wizualnie vivo X300 Ultra wpisuje się w trend flagowców z 2026 roku – jest do bólu poprawny. Większość producentów (z Apple na czele) zatraciła unikalną tożsamość na rzecz projektowania urządzeń, które mają podobać się każdemu. Choć można nazwać go wtórnym, trzeba przyznać, że ta forma po prostu osiągnęła dojrzałość. To ergonomiczna bryła, z którą obcuje się z czystą przyjemnością.
Zwłaszcza, że vivo postawiło na całkowicie płaski ekran. Zastosowany panel AMOLED to absolutna czołówka. Zapewnia fenomenalną widoczność nawet w oślepiającym słońcu i to pod najdziwniejszymi kątami – co przy fotografowaniu z poziomu biodra lub ziemi ma kolosalne znaczenie. Pod ekranem ukryto ultradźwiękowy czytnik linii papilarnych, który działa błyskawicznie i bezbłędnie, nawet przy mokrych dłoniach.
Bateria, Wydajność i OriginOS: Niezmordowany maratończyk
Pod względem parametrów bateria obiecuje wiele, podobnie zresztą jak producent. Zastosowane ogniwo jest nieco mniejsze niż w wariancie Chińskim. Jednak obietnice zostały tutaj w 100% dowiezione, bo mimo stosunkowo smukłej obudowy, ten telefon to energetyczny fenomen.
Podczas testów X300 Ultra bez najmniejszego trudu wytrzymywał cały dzień bardzo intensywnego fotografowania i nagrywania wideo w 4K (co zazwyczaj zabija telefony do wczesnego popołudnia). Co więcej, smartfon nie zrobił się nawet ciepły. Świadczy to o wybitnym układzie chłodzenia oraz rewelacyjnej optymalizacji oprogramowania.
A skoro o nim mowa – model globalny działa pod kontrolą nakładki OriginOS (bazującej na Androidzie 16). Jakie mam odczucia? System jest diabelnie szybki, animacje są ultrapłynne, a reakcja na dotyk natychmiastowa. Zero zacięć czy potknięć.
Trzeba jednak przełknąć jedną pigułkę: OriginOS niesamowicie mocno przypomina Apple’owskiego iOS 26. Centrum sterowania, estetyka powiadomień – to momentami kalka. Choć nie uważam, by klonowanie interfejsu konkurencji było powodem do dumy, muszę uczciwie przyznać, że działa to bezbłędnie.
Drogi, bez ładowarki, ale… wart każdej złotówki
Cena vivo X300 Ultra jest wysoka. Na dodatek w opakowaniu – zgodnie z restrykcjami Unii Europejskiej – nie znajdziemy ładowarki. Smartfon obsługuje jednak uniwersalny standard USB-PD, więc bez problemu naładujemy go szybko zasilaczem od laptopa czy innego sprzętu.
Minusy
Plusy
Czy warto wydać na niego te pieniądze? Powiem tak: to jest najbardziej „fun” telefon do robienia zdjęć, z jakim miałem do czynienia od lat. Ilość trybów, genialna ogniskowa 35 mm, praca z przysłoną i fizyczne akcesoria sprawiają, że to sprzęt jedyny w swoim rodzaju.
To idealne rozwiązanie dla kogoś, kto szuka 2 urządzeń w 1: potężnego, wydajnego smartfona i zaawansowanego aparatu kompaktowego. To telefon dla pasjonatów obrazka, którzy chcą kupić sprzęt bez kompromisów, który bez zadyszki wystarczy im na długie, długie lata.
Sprzęt został wypożyczony od producenta.

Dodaj komentarz