Segment słuchawek TWS, które nie sprawiają że portfel płacze po ich zakupie od dłuższego czasu cierpi na powtarzalność. Większość producentów stosuje sprawdzony schemat: generyczne obudowy, proste aplikacje (o ile w ogóle) i brzmienie nastawione wyłącznie na dominujący bas, który ma zatuszować braki w innych pasmach. Nothing od początku swojej obecności na rynku stara się przełamywać ten schemat, stawiając na transparentność, unikalny język projektowy i dopracowane oprogramowanie.
Linia oznaczona literą „(a)” to próba przeniesienia charakterystycznych cech marki do bardziej przystępnego pułapu cenowego. Do testów w moim przypadku trafił egzemplarz w odważnym, różowym wariancie kolorystycznym. Niemniej w ofercie znajdziemy też klasyczną biel, czerń oraz mój ulubiony, wyrazisty odcień żółty. Spędziłem z Nothing Ear (3a) kilka tygodni, sprawdzając, jak pewne kompromisy wypadają w codziennym użytkowaniu i czy rezygnacja z części flagowych funkcji wpłynęła na ogólną kulturę pracy.
Wzornictwo i detale nowego etui
Wizualnie słuchawki bardzo mocno nawiązują do droższego modelu Ear (3) i z pewnej odległości trudno je od siebie odróżnić. Obudowa ładująca zachowała zbliżone gabaryty do poprzedniej generacji, choć jest nieco większa. Za to wprowadzono w niej subtelną, praktyczną modyfikację.
Zamiast pojedynczej diody LED, na froncie umieszczono trzy punkty świetlne ułożone pionowo, nawiązujące do interfejsu Glyph znanego ze smartfonów tej marki. Dolna dioda może świecić na czerwono, a cały układ w czytelny sposób sygnalizuje poziom naładowania baterii samego etui oraz status parowania. Wewnątrz nie zabrakło fizycznego przycisku do do aktywacji parowania, a słuchawki bez problemu obsługują połączenie z dwoma urządzeniami naraz (Multipoint).
W kwestii materiałów warto odnotować ciekawą zależność. Choć przezroczyste tworzywo z natury bywa podatne na mikrorysy, to podczas noszenia etui w kieszeni i plecaku znacznie więcej śladów użytkowania zebrał różowy spód niż sama transparentna pokrywka. Obniżenie ceny wymusiło jednak pewne cięcia – w etui zabrakło cewki do ładowania bezprzewodowego Qi, a zasilanie odbywa się wyłącznie przez port USB-C. Co ciekawe, w fabrycznym opakowaniu nie znajdziemy nawet podstawowego przewodu do ładowania.
Ergonomia oraz codzienne użytkowanie
Najmocniejszą stroną Ear (3a) jest wygoda noszenia. Pchełki leżą w kanale słuchowym na tyle naturalnie i stabilnie, że po kilku minutach można o nich po prostu zapomnieć. Konstrukcja nie powoduje ucisku nawet przy wielogodzinnym użytkowaniu – kilkukrotnie zdarzyło mi się w nich zasnąć i po przebudzeniu nie odczuwałem żadnego dyskomfortu w małżowinie. Zmiany względem flagowego modelu widać natomiast w sposobie sterowania – zabrakło tu opcji płynnej regulacji głośności poprzez przesuwanie palcem po wystającym trzonku, a sama odpowiedź na kliknięcie jest nieco mniej wyczuwalna.
Wbudowany system aktywnej redukcji hałasu (ANC) sprawuje się poprawnie w większości typowych scenariuszy miejskich. Skutecznie odcina od monotonnego szumu otoczenia, a co ważne – nie generuje przy tym nieprzyjemnego uczucia zmiany ciśnienia w uszach. Przy bardziej zróżnicowanych, dynamicznych hałasach czuć jednak, że układ ustępuje konstrukcjom z najwyższej półki cenowej. Podobnie wypadają mikrofony: rejestrowany głos podczas rozmów telefonicznych jest czysty i zrozumiały dla odbiorcy, bez problemu radząc sobie z typowym miejskim tłem.
Warto wspomnieć o promowanej funkcji rejestrowania notatek głosowych. Słuchawki mają wbudowaną pamięć 32 MB, w której przechowują przechwycone pliki dźwiękowe, które po synchronizacji z aplikacją są transkrybowane. Sama funkcja jest moim zdaniem nowatorskim podejściem do rozwiązania pewnych bardzo konkretnych problemów. Jednak jak to bywa z “pierwszymi generacjami” wymaga jeszcze dopracowania.
Niestety ze względu na brak dodatkowego mikrofonu w samym etui (obecnego w Ear (3)), rozwiązanie w Ear (3a) wymaga nieco innego podejścia i w moim codziennym systemie pracy, opartym na zewnętrznych narzędziach do transkrypcji, okazało się mało użyteczne.
Brzmienie i potęga korektora w Nothing X
Pod względem jakości dźwięku Nothing Ear (3a) prezentują wysoki poziom, oferując zrównoważone pasmo ze wsparciem dla kodeka LDAC (oprócz standardowych SBC i AAC). Wyższa przepustowość zapewnia lepszą szczegółowość i separację instrumentów, nie powodując przy tym zauważalnych opóźnień w synchronizacji obrazu z dźwiękiem na smartfonie.
Prawdziwym atutem tego modelu jest integracja z aplikacją Nothing X. Oprogramowanie działa stabilnie i oferuje rozbudowany, parametryczny korektor graficzny. Pozwala on na precyzyjne manipulowanie konkretnymi częstotliwościami oraz dobrocią pasma (Q-factor), co umożliwia zniwelowanie jakichkolwiek mankamentów fabrycznego strojenia.
Co więcej, w aplikacji nie zabrakło modułu społecznościowego – można tam nie tylko udostępniać własne profile, ale też pobierać presety przygotowane przez społeczność czy co ważniejsze wyspecjalizowane redakcje audio, które dostrajają te słuchawki pod konkretne krzywe referencyjne.
Czas pracy na jednym ładowaniu wypada standardowo. Bez aktywnej redukcji hałasu słuchawki działają przez około 6–7 godzin, natomiast włączenie ANC skraca ten wynik do około 4 godzin. To wartości wystarczające na codzienne dojazdy do pracy czy trening, ale przy dłuższych sesjach, niestety wymagają częstszego odkładania pchełek do etui.
Podsumowanie
Nothing Ear (3a) to bardzo udany reprezentant średniej półki, który broni się przede wszystkim znakomitą ergonomią, stabilnym oprogramowaniem i ogromnymi możliwościami personalizacji dźwięku w aplikacji Nothing X.
Minusy
Plusy
Rezygnacja z ładowania bezprzewodowego, przeciętna wydajność baterii z włączonym ANC oraz brak kabla w pudełku to konkretne kompromisy, z którymi trzeba się liczyć. Mimo to, za sprawą obecności kodeka LDAC, wygodnej konstrukcji i świetnego korektora parametrycznego, słuchawki oferują jakość, która w tym budżecie w pełni uzasadnia zakup.
Sprzęt został wypożyczony od producenta.
Dodaj komentarz